15 lipca 1410 roku na polach pod Grunwaldem stanęły naprzeciw siebie dwie potężne armie. Z jednej strony do walki stanęły wojska Zakonu Krzyżackiego, dowodzona przez wielkiego mistrza Ulricha von Jungingena. Z drugiej – potężne, połączone siły Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego pod wodzą króla Władysława Jagiełły.
Jak doskonale wiemy, to gigantyczne starcie zakończyło się całkowitym i druzgocącym zwycięstwem wojsk polsko-litewskich. Siły krzyżackie zostały rozbite, a na polu bitwy poległa niemal cała elita zakonna. Ten jeden dzień definitywnie złamał potęgę militarną Zakonu Krzyżackiego i na zawsze zmienił układ sił w średniowiecznej Europie.

W decydującej i najbardziej dramatycznej fazie bitwy zginął sam wielki mistrz zakonu. Jego śmierć stała się ostatecznym symbolem klęski Krzyżaków, ale do dziś pozostaje owiana intrygującą tajemnicą. Kto zadał ostateczny cios jednemu z najpotężniejszych ludzi ówczesnej Europy? Niestety, nie mamy stuprocentowej pewności jak brzmiało jego imię, jednak na podstawie dostępnych źródeł możemy z dużą precyzją odtworzyć ostatnie chwile życia wielkiego mistrza.
W ostatnich chwilach swojego życia, widząc wymykające się z rąk zwycięstwo, von Jungingen osobiście poprowadził do szarży szesnaście odwodowych chorągwi. Liczył na to, że jednym, potężnym uderzeniem rozbije polskie szeregi i odwróci losy starcia na polach grunwaldzkich. To właśnie tam, w samym sercu bitewnego kotła, pośród ogłuszającego szczęku stali i rżenia koni, Ulrich von Jungingen poniósł śmierć. Historycy potwierdzają, że krzyżacki odwód został zatrzymany niemal błyskawicznie. Już w pierwszym uderzeniu elita polskiego rycerstwa, walcząca w czołowych szeregach, zadała wrogowi druzgocące straty i kładąc trupem wielu najwyższych dostojników Zakonu – w tym samego wielkiego mistrza.
Dlatego uważa się, że von Jungingen poległ nie z ręki bezimiennego piechura, ale w bezpośrednim starciu z polskim rycerzem, który stanął mu na drodze podczas tej desperackiej szarży.
Znamy nawet imię wojownika, któremu przypisuje się ten historyczny czyn. Miał to być Mszczuj ze Skrzynna, rycerz chorągwi nadwornej Władysława Jagiełły. Dlaczego historyczne poszlaki wskazują właśnie na niego?

Po pierwsze, jak relacjonuje Jan Długosz, to właśnie Mszczuj powiadomił króla o śmierci wielkiego mistrza. Na dowód pokazał monarsze złoty pektorał ze świętymi relikwiami, który jego sługa zdarł z zabitego. Według średniowiecznych reguł pola walki, ekwipunek, zbroja i konie pokonanego rycerza przypadały w udziale jego pogromcy. Co więcej, po bitwie bogatą szatę wielkiego mistrza przekazano kościołowi parafialnemu w Kijach. Była to świątynia mocno związana z rodem Mszczuja i uważana za miejsce jego chrztu.
Na wybór Mszczuja może także wpływać fakt, że służył on w chorągwi nadwornej, a ta właśnie chorągiew brała udział w walce z odwodowym hufcem krzyżackim, prowadzonym osobiście przez wielkiego mistrza. Mszczuj był tam rycerzem przedchorągiewnym, czyli takim który walczył na czele szyku. Takie zadanie mieli jedynie najlepsi i najbardziej doświadczeni polscy rycerze.

Mimo tych wszystkich przekonujących argumentów musimy jednak pamiętać o jednym: to wciąż tylko historyczne poszlaki, a nie twarde dowody. Choć Mszczuj ze Skrzynna pozostaje najbardziej prawdopodobnym kandydatem do miana pogromcy wielkiego mistrza, najpewniej nigdy nie dowiemy się ze stuprocentową pewnością, kto dokładnie zakończył jego życie.
Zasadnicze pytanie brzmi: dlaczego tego nie wiemy? Relacje z bitwy pod Grunwaldem, choć na ogół bardzo szczegółowe, uparcie przemilczają nazwiska tych, którzy pozbawili życia najważniejszych braci zakonnych.
Historycy skłaniają się ku teorii, że była to chłodna, świadoma decyzja polityczna. Polacy i Litwini, doskonale pamiętający lata krwawych najazdów i krzyżackich zbrodni na ludności cywilnej, na polach Grunwaldu nie okazywali litości. Zabicie całej elity Zakonu – zamiast standardowego wzięcia jej do niewoli dla gigantycznego okupu – było dla ówczesnej chrześcijańskiej Europy szokujące, a wręcz bulwersujące. Aby nie dawać powodów do dyplomatycznych ataków, imion bezpośrednich sprawców po prostu nie rozgłaszano. Co ciekawe, na tym samym polu bitwy zupełnie inaczej potraktowano rycerzy z Zachodniej Europy, którzy wspierali Zakon jako goście – tych, zgodnie z rycerskim obyczajem, chętnie oszczędzano i brano do opłacalnej niewoli.
Ostatecznie więc tożsamość człowieka, który zadał śmiertelny cios Ulrichowi von Jungingenowi, pozostaje kolejną z wielkich tajemnic, jakie skrywa przed nami Grunwald.
